Historia postaci do Legendy 5 Kręgów – Klan Smoka

Jakiś czas temu napisałem, historię postaci do Legendy 5 Kręgów, gdyż miałem w tę grę zagrać. Do sesji jednak nie doszło i postanowiłem w inny sposób ją wykorzystać. Jeżeli zajdzie potrzeba mogę zamieścić także statystyki do tej postaci.

Klan: Smok

Pochodzenie: Mirumoto

Rodziców nie pamiętam, a nawet gdybym chciał, byłem za młody. Całe swoje dzieciństwo spędziłem w klasztorze Klanu Smoka. W którym jeden ze starszych mnichów opiekował się mną przez te wszystkie lata. Był dla mnie ojcem i matką naraz, uczył pisać i czytać, uczył jak być samurajem, uczył o świecie jakiego nie znałem – tym poza klasztorem.

Przez ten cały czas jaki żyłem w klasztorze zawsze dziwiło mnie to jak z szacunkiem zwracali się do mnie moi bracia i siostry. Mimo mojego młodego wieku i tego że nie zawsze zachowywałem się zgodnie z etykietą do danej sytuacji. Po latach zrozumiałem, że mogłem skorzystać z tego w sposób materialny ale jakoś nigdy mi to do głowy wtedy nie przyszło.

Lata dzieciństwa mijały, a ja wraz z moim wiekiem dostawałem coraz to nowe obowiązki. O ile na początku były to proste czynności z czasem stały się bardziej męczące oraz wymagające. Z czasem zrozumiałem, iż było to praktyczne przygotowanie do treningu z jakim miałem się zmierzyć by stać się prawdziwym samurajem. Nie wszystko jednak potoczyło się tak jak bym chciał.

Latami byłem zaciekawiony ise zumi i męczyłem prośbami mego „ojca” by zdradził mi o nich jakieś informacje. Z początku moje prośby nie przynosiły żadnych rezultatów, jednak po jakimś czasie jego serce na tyle skruszało licznymi błaganiami, że w końcu powiedział mi o coś nich. Musiałem jednak zawsze napocić się przy tym nieziemsko. Starzec uważał , że jeśli obieca mi coś ale z zamian każe zrobić coś niezwykle trudnego i wyczerpującego fizycznego to szybko złamie mój zapał. Mylił się jednak co do mnie i z czasem musiał wymyślać coraz bardziej „ciekawe” dla mnie zadania.

Pamiętam jak pewnego razu spytałem się „ojca” o jego wiek, a on opowiedział znaną mi historię Bitwy nad Rzeką Snu. Ja rzekłem, że było to trzysta lat temu, a on na to w śmiech.

Jakiś tydzień po moim gempukku, brałem wartę nocną z moim przyjacielem, gdy nagle coś nad nami przeleciało i tylko dzięki niebywałemu refleksowi udało mi się uniknąć shurikenu napastnika. Była to jakaś zamaskowana i ubrana na ciemno osoba bez żadnych znaków klanowych na swym ubraniu. W końcu doszło do walki z napastnikiem, staraliśmy się przygwoździć go do ściany by nie miał żadnej drogi ucieczki. W czasie, której zawahałem się, gdy już miałem zadać śmiertelny cios. Tę krótką chwilę mojej słabości wykorzystał napastnik i użył jednego ze swych śmiertelnych shurikenów. Mi jednak znów udało się uniknąć jego pocisku – napastnik najwyraźniej nie docenił nas jako przeciwników. W tym samym momencie jak odskoczyłem, zadałem cios drugą ręką w której dzierżyłem wakizashi. Ciąłem może nie mocno, ale na tyle celnie, aby zranić atakującego w twarz zostawiając na niej piękną bliznę, a zarazem swoisty podpis. W czasie, gdy napastnik został trafiony wydał z siebie dźwięk który mimo próby nie wydobycia z siebie żadnego dźwięku jednoznacznie zidentyfikował napastnika jako napastniczkę. Korzystając z okazji zwróciłem wzrok na swego przyjaciela, lecz nie spodziewałem się takiego widoku. Leżał on bez ruchu na ziemi, a obok niego jego oręż. Walka jednak nadal się toczyła i gdy powróciłem wzrokiem na swojego napastnika nikogo już nie zobaczyłem.

Następnego poranka starzec zaprosił mnie na naszą codzienną już tradycyjną herbatę lecz przez całe spotkanie nie wypowiedział choćby słowa. Najprawdopodobniej był skonsternowany moim zachowaniem i tym że jego drugi obiecujący uczeń nigdy nie zostanie tak wyśmienitym szermierzem jakim mógłby zostać. Choć przeżył tamten atak pocisk który trafił go w prawe ramię najwyraźniej był zatruty jakąś straszliwą trucizną. Spowodowała ona prawie natychmiastowe wysuszenie ramienia i mimo szybkiej pomocy shugenja z rodziny Agasha wraz z jego eliksirami kończyna nigdy nie odzyskała dawnej sprawności. Do dziś dzień zadaje sobie pytanie o cel przybycia tej zamachowczyni.

Jeśli chodzi o mego przyjaciela, to nasze drogi rozeszły się. Ja pozostałem i dalej uczyłem się w szkole bushi Mirumoto, a on zmienił swą drogę i został namiestnikiem rodziny Kitsuki.

Kilka lat później, gdy wydarzenia te częściowo ucichły, a ja wyczekiwałem dnia w którym miałem dostać swój pierwszy tatuaż ise zumi.  Mój „ojciec” jak zwykłem do niego mówić przez te wszystkie lata, obiecał mi coś niezwykłego i na tyle oryginalnego bym mu zaufał w jego wyborze.

Kilka tygodni później po nocy w której mnie wytatuowano i wszystko wskazywało na to że odbyło się to zgodnie z rytuałem. Zaczęły nachodzić mnie koszmarne sny, na tyle realne że zastanawiać się zacząłem nad ich znaczeniem lub charakterem. Zauważyłem także że koszmary nasilały się gdy prosiłem swych przodków o ich radęi. Gdy opowiedziałem starcowi o tym co mnie trapiło i o tym co ukrywałem przed nim, strasznie się zdenerwował po czym znikł na jakiś miesiąc, a moją osobę kazał pilnować.

Starzec powrócił, zaprosił mnie na herbatę i powiedział mi co mam zrobić. Powiedział, że za długo przebywałem w zamkniętym klasztorze i przeznaczenie coraz bardziej stanowczo zaczęło zabiegać o moją osobę. Dlatego powinienem opuścić klasztor i poszukać tego „czegoś” co mnie wzywa. Nie może jednak powiedzieć co, gdzie i jak to wygląda ani nawet kiedy to odszukam ponieważ jest to moje przeznaczenie. Po tych słowach wyjął dwa miecze i oznajmił, że przydadzą się mi bardziej w podróży niż jemu, lecz gdy skończę swoją podróż będzie uradowany jeśli zwrócę je jemu. Następnego ranka byłem już w drodze z nikim się nie żegnałem bo nikogo nie opuściłem miałem ich głęboko w swoim sercu.